Czytasz? Skomentuj! Ręce Ci od tego nie odpadną, a ja będę wiedzieć, co mam poprawić. ;3
środa, 2 stycznia 2013
We can't fly.
Nie wiem po co mi to wszystko. Po prostu czuję silną potrzebę ujrzenia jego twarzy, choćby miało to trwać tylko chwilę.
Wracam w to miejsce, wracam do Bristolu. Dzień jest słoneczny, całkiem ciepły. Nie to co we Frankfurcie. Przypominam sobie te wszystkie miejsca które mijam, jadąc autobusem. Z każdym mam jakieś konkretne wspomnienie. Zwykle łączą się one z nim. Wzdycham, czoło przyciskając do szyby.
Haustami łapię powietrze, za dużo tego wszystkiego. Natłok myśli powoli robi się nie do zniesienia. Zaciskam szczękę. Tylko spokojnie, nie tutaj, nie przy świadkach.
- Przepraszam, czy wszystko w porządku?... - Dobiega do mnie zmartwiony głos. Czyjaś dłoń lekko ściska moje ramię. Nie chcę tam spoglądać. Mam to dziwne przeczucie, że wtedy się odsunie. Niestety moja ciekawość wygrywa - chce wiedzieć, czy się zmienił, czy może nadal jest moim Jonem.
Pozbywam się kaptura, unoszę głowę. Spoglądam głęboko w jego oczy. To mnie kiedyś zgubi.
Przez twarz mężczyzny przelatują uczucia, widzę zdziwienie, widzę strach, widzę troskę. Oddycha niespokojnie, zbliża się. Łapie mnie w ramiona i mocno ściska kruche ciało. Tak jak dawniej.
- Agyness. - Szepcze mi do ucha.
Rozpływam się. Obejmuję go, chowam twarz w zagłębieniu jego szyi. Szlocham.
Unosi mnie, wysiada na odpowiednim przystanku. Doskonale wiem dokąd zmierzamy. Nogami oplatam go w pasie. Przylegam do niego całą sobą. Jesteśmy blisko. Nadrabiamy stracony czas.
Słyszę przekręcanie klucza w zamku, skrzypnięcie drzwi. Zrzucam buty na podłogę, opadają gdzieś w kąt. Stawia mnie na posadzce, ściąga ze mnie kurtkę.
Naciągam rękawy bluzy na swoje dłonie. Stoję spokojnie, przyglądając się postaci, która wszystko robi z gracją, z wrodzoną perfekcją.
Chwyta mnie lekko za materiał odzienia, ciągnie do salonu.
Powoli się kładę, głowę trzymam na jego udach. Wzdycham. Jest mi ciepło i dobrze.
- Tęskniłam. - Unoszę na niego wzrok, chcę, by powiedział to samo, że on też. A jednak na to liczyć nie mogę.
- Gdzieś się podziewała? - Zmienia temat.
Kręcę lekko głową, unosząc się. Układam nogi po turecku.
- No więc, musiałam wyjechać, więc wybrałam się do Frankfurtu i...
- Musiałaś? Dlaczego?
- Może nie musiałam, po prostu czułam, że tak będzie najlepiej.
- Najlepiej?
- Wiesz, rzucasz mnie z dnia na dzień, jesteś szczęśliwy, gdy nie ma mnie blisko. Po co miałam zostawać? Po co wspominać?
- Czyli zapomniałaś? W takim razie, po jaką cholerę wracałaś?
- Zadajesz bardzo trudne pytania. Nie, nie zapomniałam, chyba jest jeszcze gorzej ze mną. W sumie, wróciłam, bo chciałam cię zobaczyć. Mówiłam już, że tęskniłam. - Odpowiadam z udawanym spokojem.
Nie komentuje, po co ma to robić? Dla niego to wyznanie nic nie znaczy. Ani trochę. A mimo to, łudzę się, że on dalej będzie mnie chciał.
Jestem niespokojna, palcami bębnię o kolano, nie mogę więcej grać, nie tutaj, on oczekuje, że będę sobą. Wyczuwa, wie co mi jest, wie jak bardzo się boję. Zupełnie jakby potrafił czytać w moich myślach.
Chwyta moje policzki, przyciąga ku sobie drobną twarz. I całuje. Delikatnie, prosto w usta. Po kręgosłupie przeskakuje mi dreszcz, jakaś iskra. Zaciskam paznokcie na jego ramionach, przysuwam się.
Leżymy na kanapie, on nade mną. Przytrzymuje się rękoma, by nie przygniatać mojego ciała.
Ciągnę za jego wargę, odwzajemnia się. Unoszę biodra, chcę go poczuć, blisko, najbliżej jak sie da.
- Nie możemy, Jon. - Warczę, odpychając go w pewnym momencie. Jestem przerażona. Prawie mu się dałam. Nie mogę, nie po tym co mi zrobił, nie po tym czasie pełnym cierpienia i wylanych łez. On ma dziewczyn pod dostatkiem. Będę kolejną zdobyczą.
- Ale, maleńka... - Jego słowa wpadają do mojego ucha, gorący oddech pieści szyję, język liże moją skórę. Odpływam na krótką chwilę.
- Nie! - Krzyczę, zeskakując na równe nogi. - Nie zgadzam się na to! Nie tego chciałam, kurwa. Nie chcę, byś mnie pieprzył, to możesz robić innym, tym łatwym. A ja nie jestem łatwa. Chciałam porozmawiać, chciałam tylko się dowiedzieć dlaczego, ale jesteś głupi! Bo się boisz, boisz się przyznać do tego wszystkiego. Traktujesz mnie jak szmatę! Nie jesteś tą samą osobą, jesteś jakimś pierdolonym substytutem! Myślisz, że możesz wszystko, a tak naprawdę nie możesz nic. Nie stać cię na uczucie, potrafisz tylko się zabawić. I to nie jest godne podziwu. Godne podziwu jest kochanie kogoś, oddanie mu się w całości, pokazanie mu prawdziwego siebie. - Mój głos powoli schodził do szeptu. Stałam pod ścianą. Potargane włosy opadały mi na twarz.
Chyba myślał, że zwariowałam. Zdecydowanie tak myślał.
- Odważne słowa, maleńka. - Tylko to, nic więcej. Chwycił do połowy opróżniony kubek jakiegoś napoju, popijając nieciekawie wyglądający płyn. Mogę się założyć, że to jakiś tani trunek.
Opadam na podłogę, zapalam fajkę.
- A zresztą, chodźmy się pierdolić. - Rozbieram się powoli. Do niczego innego go nie zmuszę, a kontakt fizyczny choć trochę zastąpi moją potrzebę bliskości.
Otwieram oczy, budzę się. Co o tym myśleć? To było takie prawdziwe. Cholera. Oszalałam.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz