everybody waits so long...
Czytasz? Skomentuj! Ręce Ci od tego nie odpadną, a ja będę wiedzieć, co mam poprawić. ;3
sobota, 16 lutego 2013
A co powiecie na...
...inne opowiadanie? Serdecznie zapraszam na mój nowy blog: http://nasze-wizje-dotykaly-nieba.blogspot.com/ : 3
piątek, 15 lutego 2013
Informacja.
Myślę, że czas na coś nowego, na jakieś zmiany. Męczy mnie to opowiadanie, nie umiem napisać go dalej, przynajmniej nie teraz. Mam już plan, na coś nowego. To na razie zawieszam. Mam nadzieję, że kiedyś do niego wrócę! c:
Trzymajcie się : 3
Trzymajcie się : 3
sobota, 26 stycznia 2013
She's lost control.
Leżę pod kołdrą. Dochodzi piąta. Nie wiem ile dni minęło, odkąd tu jestem. Nie mam poczucia czasu. Wszystko biegnie, leci dalej. A ja po prostu trwam. Przynajmniej staram się trwać. Bo muszę.
Kładę dłonie na swoim brzuchu, nadal jest płaski. Wiem jednak, że długo to już nie potrwa. Wszystko się zmieni, zapewne z dnia na dzień.
Eve wstała, krząta się po mieszkaniu, trzaska drzwiami, biega z pomieszczenia do pomieszczenia. Pewnie sprząta. Albo szykuje się do pracy. I mnie zostawi. Samą. A ja nie chcę być sama. Boję się tego.
- Aggy, Aggy, co się dzieje? - Pyta, wchodząc do pokoju.
Widzi mnie, skuloną w kącie. Ze łzami w oczach.
- Nie, nic... - Szepczę, nie chcę drążyć tematu. Nie chcę nic mówić.
- Agyness, Kochana. Nie płacz. Przyszłam Ci tylko powiedzieć, że idę do piekarni. O szóstej dowożą świeże pieczywo. Chcę trafić na gorący chleb. - Mówiła, głaszcząc mnie po głowie. Oparłam policzek na jej ramieniu.
- Mogę iść z Tobą? - Pytam. Chyba właśnie tego potrzebuję. Wyjść na świeże powietrze, przejść się z nią.
Lekko się uśmiecha, pomagając mi wstać. Ubieram na siebie rzeczy, które mam akurat pod ręką i wychodzimy.
Pędzimy ulicami, które budzą się do życia. Ludzie jadą do pracy, stoją w korkach, wściekają się na wszystko. Energicznie gestykulują rękoma, rozmawiając przez swoje telefony komórkowe. Ich usta wykrzywiają grymasy. Najzwyczajniej w świecie mnie to bawi. Ich zachowania. Przypominają mi o tym, jaki ten świat jest bezbarwny. Każdy w pewnym sensie, jest taki sam. Tylko nieliczni odstają od reszty.
~*~
- Jeszcze raz, od początku. Nie przekrzykujcie się. Jaki list? Proszę, podajcie mi go. - Mówiła Cara, siedząc w moim mieszkaniu, w którym tymczasowo pomieszkiwał nie tylko ten cały Nate, ale też ona z Gerardem. Wszyscy chcieli rozwiązać tę sprawę. Dotrzeć do sedna.
Przesuwała wzrokiem po małych, zgrabnych literkach, zapisanych na kartce, z pewnością wyrwanej z pamiętnika. Skupiając się zagryzała dolną wargę.
- Jon? Może jednak coś wiesz? Przecież ostatnio to ty miałeś ją najdłużej. To z tobą spędzała najwięcej czasu. Wspominała, do kogo może uciec? Wspominała o jakiś znajomych? Przypominaj sobie, to ważne, wszyscy się o nią martwimy.
- Nie wiem. Słuchajcie, ja idę spać. Mam was dość. - Westchnąłem, kierując się do sypialni. Usiadłem na łóżku i chwyciłem w dłonie kawałek papieru. List, dedykowany tylko do mnie. List, który dostałem, gdy była jeszcze we Frankfurcie:
Wiesz, lubię wspominać. Od czasu do czasu. Wieczorami, gdy leżę w łóżku, z kubkiem gorącej herbaty.
Właściwie nie wiem po co to robię, po co wracam. Przeszłość powinno się zostawiać daleko za sobą. A ja tak nie potrafię.
Co z tego, że na co dzień prowadzę normalne życie, co z tego, że pojawił się ktoś nowy. On dla mnie nigdy nie będzie tak ważny. Bo nie jest Tobą.
Nauczyłeś mnie kochać, pokazałeś, że uczucia można wypuścić na zewnątrz. Dałeś mi powody do tego, bym zaufała. I byłeś. Byłeś zawsze, gdy tego potrzebowałam.
Czas jednak sprawił, że oddaliliśmy się od siebie. Każdy z nas wydoroślał, dojrzał do wszystkiego. Zmienił się na swój sposób. Na lepsze i gorsze.
Powrót do tamtych czasów, chociażby w myślach, jest rzeczą nadzwyczaj przyjemną. Wtedy jeszcze miałam Ciebie. Wtedy miałam wszystko, na czym mi zależało. Oddałabym wszystko, za kilka identycznych momentów.
Kocham Cię, Jon.
Aggy.
Czuję łzy nabiegające do oczu. Przeżywam to. Bardziej niż oni. Znałem ją, jak nikt inny. Może nigdy nie była do końca prawdziwa, ale kiedyś wspomniała, że boi się tej prawdziwości. Boi się, że przez nią ją odrzucę.
A mi zależało na tej prawdziwej Agyness. Bez kłamstwa, bez sztuczności. Chciałbym móc ją poznać, taką jaka jest. Chciałbym się dowiedzieć, jak dużo przede mną skrywała. Jak wiele uczuć nie wypuszczała na zewnątrz.
Oddałbym wiele, za to, by była moja. A ja jej. Bo to jest właśnie miłość.
I teraz nie ma, nie ma mojej Maleńkiej Dziewczynki. Zniknęła bez śladu. Uciekła. Bo inaczej sobie nie umie radzić z problemami.
Czy wybór jednego z nas był aby na pewno powodem jej zniknięcia? A może coś jeszcze?
Nie znoszę tego uczucia, tej walki z myślami. To zbyt wiele.
Kładę się na materacu, zamykam oczy.
Co ona ukrywa?
~*~
- Muszę im jakoś powiedzieć, o mojej ciąży. - Mruczę w kierunku Eve, która robi śniadanie.
- Musisz?
- Tak, muszę. Ale nie będę pisać, nie po raz kolejny. Po prostu dam sobie trochę czasu, a potem tam pojadę. Do nich. I im powiem. W cztery oczy. Należy im się odrobina prawdy.
- Jesteś na sto procent pewna? - Dopytuje.
- Tak, jestem. - Potwierdzam, łapiąc kanapkę. - Przez to wszystko straciłam kontrolę nad swoim życiem. Może odrobina szczerości pozwoli mi ją odzyskać. - Dodaję.
środa, 23 stycznia 2013
Let's get this party started.
Wybaczcie, że muszę porozumiewać się z wami w ten sposób, ale chyba inaczej nie da rady.
Gdy będziecie czytać ten list ja już z pewnością będę w drodze. Z dala od tego wszystkiego. Z dala od konieczności wyboru, od waszych zachowań - one wcale mi nie odpowiadają. Każdy z was chce wywrzeć na mnie jak najlepsze wrażenie, chce pokazać, że jest lepszy od drugiego. I gdy tak robicie, zauważam, że oboje jesteście na pewien sposób beznadziejni, że zależy wam tylko na jednym. A ja oczekuję więcej.
Tak wiele się ostatnio wydarzyło, ale nadzieja na lepsze jutro nadal we mnie drzemie. Potrzeba mi czasu, potrzeba mi samotności.
Nie szukajcie mnie, nie znajdziecie.
Wiecie, że was kocham. Jednego bardziej, drugiego miej. Tak czy tak, to na razie zostanie moją małą, słodką tajemnicą.
Aggy.
- Agyness? - Spytała zaskoczona Eve, otwierając szerzej drzwi od swojego domu. Uśmiechnęłam się do niej niewyraźnie, powoli wchodząc do małego mieszkania na przedmieściach Paryża.
Rzuciłam na posadzkę torbę. Zmęczona oparłam się o ścianę.
Pociągnęła mnie za rękę, w głąb, aż do salonu, gdzie chętnie opadłam na fotel.
- Co się dzieje? - Dociekliwa bestia z niej, nie ma co.
Zakładam nogę na nogę, podpieram policzek na swojej dłoni, skubię dolną wargę. Przez chwilę się zastanawiam - co też takiego mogę jej powiedzieć?
- No więc... - Zaczynam niepewnie, z widoczną niechęcią. - ...Nie wiem co powinnam powiedzieć. Trochę się ostatnio wydarzyło. Najpierw Jon, potem ten wyjazd, potem jeszcze Nate. I potem znów Jon. I Cara mnie męczy. I Gee. A potem jeszcze tamto ii... - Jęczę.
Kręci głową, nic nie rozumiejąc.
- Od początku, Mała, mamy czas. - Szepcze.
A więc zaczynam, o zerwaniu, ucieczce, poznaniu drugiego faceta, który zawrócił mi w głowie. O pamiętniku, który czytał Gerard. I o nocach z Nathanielem. I o powrocie. I o akcji w klubie. O wszystkim.
Słucha, wyraźnie zaciekawiona. Nogi trzyma po turecku, rozwalona na kanapie, pod ciepłym, puchatym kocem.
Gdy kończę mówić na dworze słońce chyli się ku zachodowi. Dużo czasu zeszło na to wszystko. Na wyjaśnienia.
- Najgorsze jednak jest to, że jestem w ciąży. - Mruczę niechętnie, chowając zmęczoną twarz w dłoniach. Zaczynam drżeć.
- O kurwa. - Wiem, że jest zdziwiona. Podchodzi, unosi moją twarz ku górze, przygląda się jej z każdej strony. A twarz mam chudą, z wyraźnie wystającymi kośćmi policzkowymi. Schudłam. Ostatnimi czasy dużo schudłam. Na moich wargach pojawia się smutny uśmiech.
- To już drugi tydzień. Nie wiem co mam zrobić.
- Może najpierw ustal ojca.
- Wiem kto jest ojcem, tylko z Nathanielem robiliśmy to bez. A Jon zawsze sprawdza, czy nie pękła. - Odpowiadam, wstając. - Wyjdźmy gdzieś, chcę odreagować. Chodźmy na miasto. Nie wypiję nic, spokojnie. Po prostu, pierwszy raz od nie wiem jak długiego czasu mam ochotę pobyć z ludźmi. - Rusza za mną do sypialni. Zaglądam do swojej torby, biorę spodnie w paski, prześwitującą koszulę, z rozcięciem na rękawach, od ramion, aż po mankiety. Narzucam ramoneskę, na stopy wciągam martensy. Nie jest najgorzej.
Eve rozczesuje moje jasne włosy, które pasmami opadają na plecy. Sama w tym czasie przesuwam po powiece czarnym eye-linerem, a usta muskam czerwoną szminką.
Gdy i ona doprowadza już siebie do ładu opuszczamy mieszkanie.
- Na pewno chcesz się zabawić?
- O tak, zacznijmy tę imprezę! - Krzyczę, ciągnąc ją za rękę biegnąc przez ulicę, aż do najbliższej stacji metra.
wtorek, 8 stycznia 2013
Give a little time to me.
"Gdzie jesteś? Co się dzieje? Czemu nie odbierasz? Wybrałaś już?"
Tyle wiadomości, żadnej odpowiedzi z mojej strony. Bo jaką właściwie mam mu dać odpowiedź? Że wróciłam do przeszłości, że dałam się ponieść? To nie jest dobre. To mu się nie spodoba.
- Co tam tak czytasz w tym telefonie? - Rzucam komórkę na kanapę, wcześniej ją blokując. Przechylam głowę w bok.
- Jak tam? - Dyplomatycznie zmieniam temat. Wstaję, by cmoknąć czule jego policzek.
- Ruch na mieście. Ale zrobiłem zakupy, jedzenie, takie tam. - Złapał się na to, nie wnika! - Wyjdziemy wieczorem? - Zaczyna się, tylko nie to.
- Wiesz dobrze, że ja i impreza, to ani ja, ani impreza. Nie lubię ludzi, Jon. Jestem typem aspołecznym. Spędźmy razem ten wieczór, w tym mieszkaniu. Obejrzyjmy film, cokolwiek. - Jęczę, zniechęcona do wszystkiego.
- Marudzisz, zawsze marudzisz. Idziemy i już, obiecałem. No dalej, pod prysznic, szybciutko. - Pogania mnie.
Robię jedną z tych min, mówiących, że chyba upadł na głowę.
- Marudzisz, obiecałem, chyba ocipiałeś człowieku. - Mamroczę, przedrzeźniam go.
Wchodzę pod gorący strumień. Woda spokojnie spływa po moim ciele, niekiedy osiadając na gładkiej skórze. Pieści, pozbywa się resztek dzisiejszego dnia. Otula zmysłową mgiełką.
Zapieram się o chłodne płytki, biorę gąbkę, żel. Pachnący płyn zaspokaja moje zmysły.
Owijam się ręcznikiem, mokre włosy opadają mi na plecy. Powoli je rozczesuję, doprowadzam siebie do porządku. Nie jest najgorzej.
- Długo jeszcze?! - Krzyczy.
- Chwila, kilka minut, poczekaj. - Nakładam makijaż, łapię przygotowane ubrania. Krótka sukienka odsłania nogi, obcasy stukają o posadzkę.
Pojawiam się przed nim. Zagryzam wargę. Jego oczy iskrzą, zawsze tak ma, gdy coś mu odpowiada, podoba się.
Podsuwa mi ramoneskę.
- Prędzej, nie chcę się spóźnić.
Klub jest przepełniony, ciała wiją się na parkiecie. To nie moje klimaty, to nie moje miejsce.
Stoję pod ścianą, z dala od nich wszystkich.
Mój wzrok powoli przyzwyczaja się do migających świateł, wyłapuję różne obrazy, zwracam uwagę na szczegóły. I widzę jego. Siedzi przy barze, przesuwając smukłymi palcami po szklance napełnionej whisky.
Mknę przez tłum w jego stronę, pragnąc, by nikt mnie nie zauważył.
- Co ty tu robisz? - Odwraca się. Ma wychudłą twarz, drży. Zapuścił się, przez ten krótki okres, kiedy go nie widziałam.
Przysuwam sobie krzesło, opadam na nie.
- Piję.
- Dobrze wiesz, że nie chodzi mi o to, Nathanielu! I nie próbuj mi się wymigiwać od odpowiedzi.
- Musiałem cię znaleźć. Wszyscy się martwią, to znaczy, Cara i Gee. Myśleli, że jesteś u mnie, odnaleźli mój adres, wpadli do mojego mieszkania. Powiedziałem, że wyjechałaś. Twoja przyjaciółka rzuciła się na mnie. Mówiła, że o ciebie nie dbam, że się nie przejmuję. - Ma takie puste spojrzenie, przerażająco puste.
Przybliżam się, przyciągam go do siebie. Obejmuję. A on zaczyna szlochać. Głośno i wyraźnie. Czołem opiera się o mój brzuch.
Uspokajająco głaszczę głowę mężczyzny.
- Cii... Spokojnie. Już...
- M-miałaś wrócić... - Jąka się.
Zaciskam szczękę.
- Musiałam mieć trochę czasu na to wszystko. Miałeś mi ufać. Kochanie, nie płacz, nie płacz, proszę cię. Wszystko dobrze. - Jestem zaniepokojona jego stanem - fizycznym, jak i psychicznym.
Ktoś szarpie moją ręką, odciąga.
- Kto to jest?! - Warczy nieprzyjemnie Jon.
Boję się go, boję się, że zrobi coś głupiego. Jest zbyt porywczy.
- Zostaw ją! Nie szarp jej! - Odzywa się Nate, stawia się mu. Wychodzi naprzeciw, chowając mnie za swoimi plecami.
- No więc, to jest Nathaniel, Natie, poznaj proszę Jon'a.
Akcja toczy się szybko, zaciśnięte pięści uderzają w twarz, raz dostaje jeden, raz drugi. A ja stoję, nie wiedząc czy się ruszyć, czy nie. Nie chcę oberwać.
Ochrona biegnie w naszą stronę, odciąga od siebie dwóch rozdygotanych facetów, wyprowadza ich. Idę tam, nie mogę zostawić ich samych.
Stoimy na dworze, noc jest zimna, chłód przeszywa moje skąpo odziane ciało.
Oboje na mnie spoglądają, są nieruchomi, czekają. Doskonale wiem co oznacza.
Muszę wybrać, teraz, już, natychmiast.
niedziela, 6 stycznia 2013
Give me love.
Daj mi miłość, daj mi siebie. Pokaż, że ci zależy, że chcesz wrócić, że jestem tylko twoja, a ty jesteś mój. Czy to tak wiele?
Przewracam się na drugi bok, czuję jego ramię, przeplatające mnie w pasie, jego oddech który omiata moją szyję, jego wzrok, który delikatnie pieści nagie ciało. Nate.
Uśmiecham się kącikiem, nikle, prawie niedostrzegalnie. Mierzwię jego ciemne loki, które kaskadą opadają na poduszkę. Cichy szept, nie rozumiem słów, nie zwracam na nie uwagi, odpycham, z dala od siebie.
Okrakiem siadam na wąskich biodrach, rękoma przytrzymuję się jego torsu. Schylam się, muskam jego usta. Jego palce przesmykują po moim kręgosłupie, badają wystające kostki.
- Muszę wyjechać... - Mówię niepewnie. Jego mięśnie się napinają. Nie jest zadowolony.
- Zostawisz mnie, Agyness? - Pyta.
Kręcę głową.
- Na krótko, obiecuję. Po prostu... - wstaję, łapię jego koszulę, narzucam ją na siebie, powoli zapinam guziczki. - ... Chcę odnaleźć siebie. Chcę dowiedzieć się kim jestem. Poznać się na nowo. Chcę powspominać, bezwstydnie powrócić do tego wszystkiego, tylko to mi pomoże zapomnieć. Ten ostatni raz chcę go zobaczyć, chcę z nim porozmawiać. - Dopowiadam. Okręcam się, przodem do niego.
Czuję, że go ranię, tfu, wiem, że to robię. Każde moje słowo go krzywdzi. Wyraz twarzy ma nieodgadniony. Wiem, że bije się z tym wszystkim.
- Jedź. Jesteś wolnym kotem, nie mogę cię trzymać na siłę obok. Skoro to ma ci pomóc, to jedź. Ale wróć, nie skreśl mnie. - Ze świstem wypuszczam nagromadzone w płucach powietrze.
Podchodzi do mnie, podaje mi plik banknotów. Rzucam mu się w ramiona, nieme podziękowanie.
Ostrożnie wsuwam dżinsy, łapię torbę. I macham, macham do niego z walącym sercem. Bo gdy znów się pojawię nic już nie będzie takie samo. Jeśli oczywiście się pojawię.
Zwariowałam. Oszalałam kompletnie. Ale warto było oszaleć.
- Zostań tu. - To rozkaz, wiem, że to rozkaz. Może nie brzmi jak rozkaz, ale to, cholera, pieprzony rozkaz.
- Jon... - Jestem niepewna.
Mimo tego, co się przydarzyło, mimo tych miłych chwil... Przecież obiecałam, a obietnic się nie łamie.
- Maleńka, dlaczego się wahasz? - Głos ma miękki, mąci mi w głowie.
Spuszczam swój wzrok na podłogę.
- Maleńka? - Jest dociekliwy.
Zaciskam wargi, próbuję skupić myśli w jednym punkcie.
- Nie mogę i już. - Jęknęłam. - To skomplikowane.
- Więc mi wytłumacz...
- No więc, jest taki facet. Nate. I to... W sumie, nie mam potrzeby opowiadania ci o tym co się dzieje w moim życiu. Wróciłam, bo liczyłam na wyjaśnienia.
- Obiecałem, że wyjaśnię, więc i ty mi powiedz co się dzieje.
- Pogubiłam się. - Mruczę.
- W czym?
- We własnym życiu.
- Boisz się, prawda? - Domyśla się. Jakby czuł to samo co ja.
Przytakuję. Opieram głowę o jego ramię.
- Muszę odszukać siebie, pomóż mi. - Pomoże, wiem, że mi pomoże. Nie muszę go nawet błagać. Przyciąga mnie do swego boku.
- Zawsze do usług. - Odpowiada.
Nie pamiętam go takiego, nie jestem pewna czy kiedykolwiek taki wobec mnie był.
Dawno nic nie działo się po mojej myśli. Mam przeczucie, że wszystko gna do przodu, wreszcie się rusza.
Nie żałuję powrotu.
środa, 2 stycznia 2013
We can't fly.
Nie wiem po co mi to wszystko. Po prostu czuję silną potrzebę ujrzenia jego twarzy, choćby miało to trwać tylko chwilę.
Wracam w to miejsce, wracam do Bristolu. Dzień jest słoneczny, całkiem ciepły. Nie to co we Frankfurcie. Przypominam sobie te wszystkie miejsca które mijam, jadąc autobusem. Z każdym mam jakieś konkretne wspomnienie. Zwykle łączą się one z nim. Wzdycham, czoło przyciskając do szyby.
Haustami łapię powietrze, za dużo tego wszystkiego. Natłok myśli powoli robi się nie do zniesienia. Zaciskam szczękę. Tylko spokojnie, nie tutaj, nie przy świadkach.
- Przepraszam, czy wszystko w porządku?... - Dobiega do mnie zmartwiony głos. Czyjaś dłoń lekko ściska moje ramię. Nie chcę tam spoglądać. Mam to dziwne przeczucie, że wtedy się odsunie. Niestety moja ciekawość wygrywa - chce wiedzieć, czy się zmienił, czy może nadal jest moim Jonem.
Pozbywam się kaptura, unoszę głowę. Spoglądam głęboko w jego oczy. To mnie kiedyś zgubi.
Przez twarz mężczyzny przelatują uczucia, widzę zdziwienie, widzę strach, widzę troskę. Oddycha niespokojnie, zbliża się. Łapie mnie w ramiona i mocno ściska kruche ciało. Tak jak dawniej.
- Agyness. - Szepcze mi do ucha.
Rozpływam się. Obejmuję go, chowam twarz w zagłębieniu jego szyi. Szlocham.
Unosi mnie, wysiada na odpowiednim przystanku. Doskonale wiem dokąd zmierzamy. Nogami oplatam go w pasie. Przylegam do niego całą sobą. Jesteśmy blisko. Nadrabiamy stracony czas.
Słyszę przekręcanie klucza w zamku, skrzypnięcie drzwi. Zrzucam buty na podłogę, opadają gdzieś w kąt. Stawia mnie na posadzce, ściąga ze mnie kurtkę.
Naciągam rękawy bluzy na swoje dłonie. Stoję spokojnie, przyglądając się postaci, która wszystko robi z gracją, z wrodzoną perfekcją.
Chwyta mnie lekko za materiał odzienia, ciągnie do salonu.
Powoli się kładę, głowę trzymam na jego udach. Wzdycham. Jest mi ciepło i dobrze.
- Tęskniłam. - Unoszę na niego wzrok, chcę, by powiedział to samo, że on też. A jednak na to liczyć nie mogę.
- Gdzieś się podziewała? - Zmienia temat.
Kręcę lekko głową, unosząc się. Układam nogi po turecku.
- No więc, musiałam wyjechać, więc wybrałam się do Frankfurtu i...
- Musiałaś? Dlaczego?
- Może nie musiałam, po prostu czułam, że tak będzie najlepiej.
- Najlepiej?
- Wiesz, rzucasz mnie z dnia na dzień, jesteś szczęśliwy, gdy nie ma mnie blisko. Po co miałam zostawać? Po co wspominać?
- Czyli zapomniałaś? W takim razie, po jaką cholerę wracałaś?
- Zadajesz bardzo trudne pytania. Nie, nie zapomniałam, chyba jest jeszcze gorzej ze mną. W sumie, wróciłam, bo chciałam cię zobaczyć. Mówiłam już, że tęskniłam. - Odpowiadam z udawanym spokojem.
Nie komentuje, po co ma to robić? Dla niego to wyznanie nic nie znaczy. Ani trochę. A mimo to, łudzę się, że on dalej będzie mnie chciał.
Jestem niespokojna, palcami bębnię o kolano, nie mogę więcej grać, nie tutaj, on oczekuje, że będę sobą. Wyczuwa, wie co mi jest, wie jak bardzo się boję. Zupełnie jakby potrafił czytać w moich myślach.
Chwyta moje policzki, przyciąga ku sobie drobną twarz. I całuje. Delikatnie, prosto w usta. Po kręgosłupie przeskakuje mi dreszcz, jakaś iskra. Zaciskam paznokcie na jego ramionach, przysuwam się.
Leżymy na kanapie, on nade mną. Przytrzymuje się rękoma, by nie przygniatać mojego ciała.
Ciągnę za jego wargę, odwzajemnia się. Unoszę biodra, chcę go poczuć, blisko, najbliżej jak sie da.
- Nie możemy, Jon. - Warczę, odpychając go w pewnym momencie. Jestem przerażona. Prawie mu się dałam. Nie mogę, nie po tym co mi zrobił, nie po tym czasie pełnym cierpienia i wylanych łez. On ma dziewczyn pod dostatkiem. Będę kolejną zdobyczą.
- Ale, maleńka... - Jego słowa wpadają do mojego ucha, gorący oddech pieści szyję, język liże moją skórę. Odpływam na krótką chwilę.
- Nie! - Krzyczę, zeskakując na równe nogi. - Nie zgadzam się na to! Nie tego chciałam, kurwa. Nie chcę, byś mnie pieprzył, to możesz robić innym, tym łatwym. A ja nie jestem łatwa. Chciałam porozmawiać, chciałam tylko się dowiedzieć dlaczego, ale jesteś głupi! Bo się boisz, boisz się przyznać do tego wszystkiego. Traktujesz mnie jak szmatę! Nie jesteś tą samą osobą, jesteś jakimś pierdolonym substytutem! Myślisz, że możesz wszystko, a tak naprawdę nie możesz nic. Nie stać cię na uczucie, potrafisz tylko się zabawić. I to nie jest godne podziwu. Godne podziwu jest kochanie kogoś, oddanie mu się w całości, pokazanie mu prawdziwego siebie. - Mój głos powoli schodził do szeptu. Stałam pod ścianą. Potargane włosy opadały mi na twarz.
Chyba myślał, że zwariowałam. Zdecydowanie tak myślał.
- Odważne słowa, maleńka. - Tylko to, nic więcej. Chwycił do połowy opróżniony kubek jakiegoś napoju, popijając nieciekawie wyglądający płyn. Mogę się założyć, że to jakiś tani trunek.
Opadam na podłogę, zapalam fajkę.
- A zresztą, chodźmy się pierdolić. - Rozbieram się powoli. Do niczego innego go nie zmuszę, a kontakt fizyczny choć trochę zastąpi moją potrzebę bliskości.
Otwieram oczy, budzę się. Co o tym myśleć? To było takie prawdziwe. Cholera. Oszalałam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)