Czytasz? Skomentuj! Ręce Ci od tego nie odpadną, a ja będę wiedzieć, co mam poprawić. ;3
czwartek, 27 grudnia 2012
There's no room where I can go.
- Agyness! Gdzie ty byłaś?! Martwiłam się, wracamy rano, a ciebie nie ma. Cholera, Aggy. - Mruczała na mnie odkąd się pojawiłam. Zbeształa mnie za to, że wyszłam. Ale przecież nie jest moją matką. Wiem co robię.
Mijam ją, nie mówiąc nic. Idę do pokoju, trzaskam drzwiami. Rzucam się na łóżko, sprężyny skrzypią jak szalone.
Gdzie byłam? Co ja mam jej na to odpowiedzieć? "No wiesz, spędziłam trochę czasu u Nate'a, w sumie to go nawet nie znam, znalazł mnie leżącą w zaspie i zabrał do siebie." To idiotyczne. Za dużo by sobie pomyślała.
Przekręcam się na bok, mrużąc powieki, jestem zmęczona, chcę odpłynąć, tyle, że nie mogę. Bo on dalej tam jest. Siedzi w mojej głowie. Widzę jego twarz skąpaną w delikatnym blasku księżyca, którego światło wpada przez ogromne okno, widzę jego uśmiech, zadziorny i łobuzerski, jeden z tych, które możesz oglądać każdego dnia, które ci się nie znudzą, widzę to mroczne spojrzenie, te oczy, które głębią ciągną mnie w nieskończenie. Mięknę, ulegam.
Nieznajomy facet zawraca mi w głowie. Wystarczy kilka godzin u jego boku, kilka rozmów, lekkie muśnięcia dłoni. Wystarczy jego szept, uspokajające słowa. Wtedy potrafię zapomnieć. Tylko wtedy.
Czuję się inaczej, czuję, że coś się zaczyna, jakiś nowy rozdział, próbuję iść dalej, brnąć na przód, jednak ciężko wyrzucić z głowy to wszystko, to co niedawno było moje. Nie chcę się rozstawać z przeszłością, robię to tylko czasem, tylko przy Nacie. Nie mam pojęcia, co się dzieje, co robić.
Psst, czar pryska. Gerard wpada do mojej sypialni, ręce ma skrzyżowane na klatce piersiowej. Ach ten Gee, wie jak popsuć idealną chwilę.
Siada obok mnie. Nigdy nie miałam okazji okazji porozmawiać z nim sam na sam, w cztery oczy.
- Nie chcesz opowiadać, co nie? - Spytał. W odpowiedzi skinęłam głową.
Ułożyłam swoje stopy na ścianie, podsunęłam sobie pod głowę poduszkę. Wiem doskonale, że chcą informacji. I tak czy siak będą próbowali mnie skłonić do mówienia.
- Zawsze jak cię widzę, zastanawiam się co jest z tobą nie tak, wiesz? Na pozór jesteś normalną, mądrą dziewczynką, ale ciągle bijesz się z myślami, ciągle coś sobie wyobrażasz. Nie żyjesz tym co jest tutaj, tym co jest teraz. Chcesz, ale nie umiesz, albo raczej, mówisz sobie, że nie umiesz, że nie dasz rady. Powracasz do wszystkiego, bo to lubisz, lubisz czuć się beznadziejnie, użalać się nad swoją osobą, sprawiać sobie ból - masz swój własny świat, do którego nie chcesz dopuszczać ludzi. Boisz się pomocy. Dlaczego tak jest? Co on miał w sobie? Z tego co wiem, nie był wcale ideałem. Jon to dawne dzieje, Aggy. Głowa do góry i brniesz do przodu, nie możesz tkwić w miejscu. Nie wolno tak. - Unoszę brew. Skąd on o wszystkim wie? Nawet Cara nie ma takich informacji... Tylko...
- Czytałeś mój pamiętnik! - Warczę, pospiesznie wstając. Podnoszę ręce w obronnym geście, cofam się. Zaskoczyłam go tym ruchem, nie wie co zrobić. Siedzi, powoli spuszcza wzrok.
Drżę, całe moje ciało szaleje, rozsadza mnie od środka. Łapię kurtkę, narzucam ją na siebie, chwytam pamiętnik, który leży na szafce. Zła opuszczam pomieszczenie, nie chcę tu być, nie chcę tu mieszkać. Nikt nie ma prawa naruszać mojej prywatności.
Łzy wypełniają moje oczy, wybiegam. Uciekam - jak zawsze, tylko to mi dobrze wychodzi. Na nic więcej mnie nie stać.
- Agyness! Wracaj! - Krzyczą za mną, nie odwracam się. Odchodzę tam gdzie będę mogła milczeć, gdzie nikt nie będzie chciał nic o mnie wiedzieć.
Nie rozumieją, nikt nie rozumie. To zawiłe. Cała ta sprawa. Nie da się ot tak tego skończyć.
Może dam radę. Kiedyś.
Na razie nie chcę. Nie mam zamiaru tego ruszać.
Zostawiam wszystko tak jak jest.
Naciągam rękawy na swoje zmarznięte dłonie. Powolnym krokiem przemierzam ulice. Nogi same mnie prowadzą. Do tamtej kamienicy.
Przeskakuję co drugi schodek. Pukam ostrożnie do drzwi.
Otwiera mi. Przerwałam mu kąpiel. Mokre ciało ma owinięte ręcznikiem, który osuwa się na wąskich biodrach. Zagryzam wargę.
- Chodźmy pod prysznic. - Szepczę, pakując się do mieszkania Nathaniela. Po drodze zaczynam się rozbierać. Wędruje za mną, nie odzywa się.
Rozmowy są tutaj zbędne.
Gorąca woda, pachnący, cytrusowy żel, kłęby pary, która wypełnia całą łazienkę. Jego wargi na mojej szyi, palce, które wbija w moje biodra.
Zatracam się. Znów jestem tu - w prawdziwym świecie.
Nie udaję, mogę być sobą.
Paznokcie wbijam w jego plecy, przeciągam po nich, zdzierając mu skórę. Oplatam go nogami w pasie. Chcę czuć mocniej, bardziej.
- Przepraszam. - Siedzę zaplątana w pościeli. Podciągam kolana pod brodę, opieram się na nich.
Głaszcze mnie po plecach.
- Za co? - Pyta.
- Za to, że przyszłam, za to, że plecy ci krwawią. Za to, że pewnie zajęłam twój cenny czas...
- Zamknij się już. - Przerywa mi. - Nie mów nic.
- Dlaczego?
- Bo mówisz rzeczy bezsensowne. - Łapie mnie za nadgarstek, ciągnie. Opadam na niego, policzek układam na jego klatce piersiowej, dłoń na płaskim brzuchu. - Śpij. - Nakazuje.
Niechętnie pozwalam wciągnąć się w objęcia Morfeusza.
niedziela, 23 grudnia 2012
Pain is so beautiful.
Frankfurt, 2:14, noc. Nie wiem co mnie poniosło. Wyjechałyśmy, tak jak chciałam, tylko nagle pojawiają się wątpliwości, nagle chcę wracać...
Czuję się samotna w tym miejscu. Ona ma w końcu Gee. Ma kogoś, kto jest blisko, kto będzie zawsze.
Wyglądam przez otwarte okno, miasto jest pogrążone w ciemnościach, otulone białym kocem. Śnieg nadal sypie, a oni gdzieś krążą, błąkają się uliczkami.
Wzdycham ciężko, naciągając na swoje nagie uda luźny, gruby sweter. Chwytam papierosa, odpalam go. Dym wypuszczany na zewnątrz znika szybko, tak jak zniknął on - Jon.
Wspomnienia znów wracają, tak wiele czułych słów, ten lekki dotyk. Te uspokajające pocałunki. Za dużo tego wszystkiego. Był mi zbyt bliski. I teraz Cara ma wszystko, a ja nie mam nic.
Niechętnie wstaję, zamykam skrzydło okienne. Powoli nasuwam na siebie spodnie, wciągam buty. Muszę wyjść, muszę się przejść.
Zaciskam zęby na wardze, czuję w ustach cierpki smak krwi.
Zamykam drzwi kluczem, chowam go do kieszeni.
Słuchawki w uszach, muzyka rozprasza myśli, rozpieszcza. Czuję się wolna.
Biegnę przez miasto, śnieg skrzypi pod moimi stopami, zimne powietrze dmucha w moją twarz, różowi policzki.
Nie wiem gdzie jestem, jest pusto. Tylko kilka drzew dookoła. Zaczynam krzyczeć, przerywam tę ciszę panującą w ów miejscu.
Kładę się na ziemi, zatapiam się w zaspie, mój płaszcz przemaka, mokre ubrania przylepiają się do ciała. Nie czuję tego, nie czuję już nic. Oddycham spokojnie. W końcu żyję. Pożegnałam czułości, pożegnałam jego. Na teraz, na tę krótką chwilę.
Mrużę powieki, odpływam. Do swojego świata. Dobranoc życie.
Czuję pod sobą miękką kanapę. Przekręcam się na bok, bełkocząc. Uchylam lekko powieki, rozglądam się. Małe mieszkanie, na ścianach stara, w niektórych miejscach odchodząca farba, drewniana podłoga. Ale to nie dom Gee.
Unoszę się szybko. W głowie mi szumi, obraz staje się rozmazany. Zaciskam palce na swojej nodze, haustami łapię powietrze.
Gdzie ja do cholery jestem?
Kroki dobiegają do moich uszu, pojawia się postać. Ciemne loczki opadają mu na ramiona, ubrany tylko od pasa w dół. Policzki zaczynają piec, wiem, że zrobiłam się czerwona.
- Co się przydarzyło? - Pytam niepewnie, przestraszona. Nic nie pamiętam. Nic, prócz zapomnienia.
Serce w piersi galopuje jak szalone.
- Obudziłaś się! Spokojnie. Znalazłem cię przemarzniętą i przemoczoną w parku. Myślałem że nie żyjesz. Zabrałem cię do siebie. Dobrze się czujesz? - Kuca, układa mi rękę na czole. Jest szorstka, męska. Przełykam ślinę. Nieznajomy marszczy nos. - Masz gorączkę. - Mówi, otulając mnie kocem.
- Kim jesteś?
- Już mówiłem, znalazłem cię i...
- Nie, nie, chodzi mi o imię. - Szepczę nieśmiało.
Kącik jego idealnych usta drga, wiem, że chce się uśmiechnąć, teraz, w tej chwili. Dalej, zrób to! Na co czekasz? Trzy, dwa, jeden, uśmiech. A jednak go powstrzymał.
- Nate. - Odpowiada.
- Agyness. Słuchaj, powinnam już iść... - Osuwam ze swojego ciała ciepłą "pelerynę". Wstaję. Przeglądam się w lustrze, zawieszonym nieopodal, zamieram. Nie mam na sobie nic, nie licząc bielizny, oraz koszulki, która z pewnością nie jest moja. - Przebrałeś mnie. - Mruczę.
Przekrzywia głowę.
- Mówiłem, byłaś przemoczona... - Mina zbitego psa, znam te gierki. Nie dam się na to nabrać.
Cholera, mięknę. Z powrotem znajduję się na miejscu, siedzę grzecznie, wpatrując się w te migoczące oczy. Są inne, nieznajome, trochę mroczne, trochę smutne. Obce. I już wiem, że one pozostaną w mojej pamięci.
Co ja najlepszego wyprawiam?
wtorek, 11 grudnia 2012
Prolog
- Czekaj, stój, co ty robisz? - Spytałam zbita z tropu. Szarpnęłam za rękaw jego czarnej bluzy. Jon wyrwał się, kręcąc głową.
- Jak to, co robię? Idę sobie, nie widać? - Uniósł brew.
Poczułam, jak moje oczy znów robią się szkliste.
- To idź! Idź do diabła! Spierdalaj! Tylko to potrafisz! - Krzyknęłam, odwracając się na pięcie. Nic sobie z tego nie robił. Uznał to za kolejne humorki.
Zaczęłam drżeć. Zerknęłam tylko przez ramię. Już go nie było, przynajmniej nie przy mnie. Słyszałam jego śmiech, głośne rozmowy ze znajomymi, piski dziewczyn.
Po raz kolejny czułam się jakbym nie była nic warta, jak niepotrzebny śmieć. Ale on tego nie rozumiał. Nie chciał zrozumieć. Zawsze wolał uciec, zanim zacznę go obarczać swoimi problemami, a gdy już to robiłam, mówił, że nie umie rozmawiać, że nie umie do mnie dotrzeć.
Brakowało mi jego bliskości, namiastki pocałunków, czułego dotyku. Stał się oschły, przy mnie się nie śmiał. Może lepiej uciec? Uciec daleko od tego wszystkiego?
Nawet nie wiem jak to możliwe. W jednej chwili byłam tam, a w drugiej tu - pod jej domem. Światło paliło się w jej pokoju. Weszłam do mieszkania, przywitałam się z jej babcią. Ściągnęłam buty, płaszcz.
Musiałam odreagować, przy niej.
Stałam tam, w jej pokoju, koszulka zwisała na mnie, zakrywając chude ciało, za duże dżinsy osuwały się na moich biodrach.
Siadłam jej na kolanach, bez słowa. Nic na to nie powiedziała, tylko mnie objęła.
- Cara? Wyjedźmy, ty i ja. - Szepnęłam i czekałam na jej reakcję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)