Czytasz? Skomentuj! Ręce Ci od tego nie odpadną, a ja będę wiedzieć, co mam poprawić. ;3
niedziela, 23 grudnia 2012
Pain is so beautiful.
Frankfurt, 2:14, noc. Nie wiem co mnie poniosło. Wyjechałyśmy, tak jak chciałam, tylko nagle pojawiają się wątpliwości, nagle chcę wracać...
Czuję się samotna w tym miejscu. Ona ma w końcu Gee. Ma kogoś, kto jest blisko, kto będzie zawsze.
Wyglądam przez otwarte okno, miasto jest pogrążone w ciemnościach, otulone białym kocem. Śnieg nadal sypie, a oni gdzieś krążą, błąkają się uliczkami.
Wzdycham ciężko, naciągając na swoje nagie uda luźny, gruby sweter. Chwytam papierosa, odpalam go. Dym wypuszczany na zewnątrz znika szybko, tak jak zniknął on - Jon.
Wspomnienia znów wracają, tak wiele czułych słów, ten lekki dotyk. Te uspokajające pocałunki. Za dużo tego wszystkiego. Był mi zbyt bliski. I teraz Cara ma wszystko, a ja nie mam nic.
Niechętnie wstaję, zamykam skrzydło okienne. Powoli nasuwam na siebie spodnie, wciągam buty. Muszę wyjść, muszę się przejść.
Zaciskam zęby na wardze, czuję w ustach cierpki smak krwi.
Zamykam drzwi kluczem, chowam go do kieszeni.
Słuchawki w uszach, muzyka rozprasza myśli, rozpieszcza. Czuję się wolna.
Biegnę przez miasto, śnieg skrzypi pod moimi stopami, zimne powietrze dmucha w moją twarz, różowi policzki.
Nie wiem gdzie jestem, jest pusto. Tylko kilka drzew dookoła. Zaczynam krzyczeć, przerywam tę ciszę panującą w ów miejscu.
Kładę się na ziemi, zatapiam się w zaspie, mój płaszcz przemaka, mokre ubrania przylepiają się do ciała. Nie czuję tego, nie czuję już nic. Oddycham spokojnie. W końcu żyję. Pożegnałam czułości, pożegnałam jego. Na teraz, na tę krótką chwilę.
Mrużę powieki, odpływam. Do swojego świata. Dobranoc życie.
Czuję pod sobą miękką kanapę. Przekręcam się na bok, bełkocząc. Uchylam lekko powieki, rozglądam się. Małe mieszkanie, na ścianach stara, w niektórych miejscach odchodząca farba, drewniana podłoga. Ale to nie dom Gee.
Unoszę się szybko. W głowie mi szumi, obraz staje się rozmazany. Zaciskam palce na swojej nodze, haustami łapię powietrze.
Gdzie ja do cholery jestem?
Kroki dobiegają do moich uszu, pojawia się postać. Ciemne loczki opadają mu na ramiona, ubrany tylko od pasa w dół. Policzki zaczynają piec, wiem, że zrobiłam się czerwona.
- Co się przydarzyło? - Pytam niepewnie, przestraszona. Nic nie pamiętam. Nic, prócz zapomnienia.
Serce w piersi galopuje jak szalone.
- Obudziłaś się! Spokojnie. Znalazłem cię przemarzniętą i przemoczoną w parku. Myślałem że nie żyjesz. Zabrałem cię do siebie. Dobrze się czujesz? - Kuca, układa mi rękę na czole. Jest szorstka, męska. Przełykam ślinę. Nieznajomy marszczy nos. - Masz gorączkę. - Mówi, otulając mnie kocem.
- Kim jesteś?
- Już mówiłem, znalazłem cię i...
- Nie, nie, chodzi mi o imię. - Szepczę nieśmiało.
Kącik jego idealnych usta drga, wiem, że chce się uśmiechnąć, teraz, w tej chwili. Dalej, zrób to! Na co czekasz? Trzy, dwa, jeden, uśmiech. A jednak go powstrzymał.
- Nate. - Odpowiada.
- Agyness. Słuchaj, powinnam już iść... - Osuwam ze swojego ciała ciepłą "pelerynę". Wstaję. Przeglądam się w lustrze, zawieszonym nieopodal, zamieram. Nie mam na sobie nic, nie licząc bielizny, oraz koszulki, która z pewnością nie jest moja. - Przebrałeś mnie. - Mruczę.
Przekrzywia głowę.
- Mówiłem, byłaś przemoczona... - Mina zbitego psa, znam te gierki. Nie dam się na to nabrać.
Cholera, mięknę. Z powrotem znajduję się na miejscu, siedzę grzecznie, wpatrując się w te migoczące oczy. Są inne, nieznajome, trochę mroczne, trochę smutne. Obce. I już wiem, że one pozostaną w mojej pamięci.
Co ja najlepszego wyprawiam?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz