Czytasz? Skomentuj! Ręce Ci od tego nie odpadną, a ja będę wiedzieć, co mam poprawić. ;3
wtorek, 11 grudnia 2012
Prolog
- Czekaj, stój, co ty robisz? - Spytałam zbita z tropu. Szarpnęłam za rękaw jego czarnej bluzy. Jon wyrwał się, kręcąc głową.
- Jak to, co robię? Idę sobie, nie widać? - Uniósł brew.
Poczułam, jak moje oczy znów robią się szkliste.
- To idź! Idź do diabła! Spierdalaj! Tylko to potrafisz! - Krzyknęłam, odwracając się na pięcie. Nic sobie z tego nie robił. Uznał to za kolejne humorki.
Zaczęłam drżeć. Zerknęłam tylko przez ramię. Już go nie było, przynajmniej nie przy mnie. Słyszałam jego śmiech, głośne rozmowy ze znajomymi, piski dziewczyn.
Po raz kolejny czułam się jakbym nie była nic warta, jak niepotrzebny śmieć. Ale on tego nie rozumiał. Nie chciał zrozumieć. Zawsze wolał uciec, zanim zacznę go obarczać swoimi problemami, a gdy już to robiłam, mówił, że nie umie rozmawiać, że nie umie do mnie dotrzeć.
Brakowało mi jego bliskości, namiastki pocałunków, czułego dotyku. Stał się oschły, przy mnie się nie śmiał. Może lepiej uciec? Uciec daleko od tego wszystkiego?
Nawet nie wiem jak to możliwe. W jednej chwili byłam tam, a w drugiej tu - pod jej domem. Światło paliło się w jej pokoju. Weszłam do mieszkania, przywitałam się z jej babcią. Ściągnęłam buty, płaszcz.
Musiałam odreagować, przy niej.
Stałam tam, w jej pokoju, koszulka zwisała na mnie, zakrywając chude ciało, za duże dżinsy osuwały się na moich biodrach.
Siadłam jej na kolanach, bez słowa. Nic na to nie powiedziała, tylko mnie objęła.
- Cara? Wyjedźmy, ty i ja. - Szepnęłam i czekałam na jej reakcję.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz