Czytasz? Skomentuj! Ręce Ci od tego nie odpadną, a ja będę wiedzieć, co mam poprawić. ;3
niedziela, 6 stycznia 2013
Give me love.
Daj mi miłość, daj mi siebie. Pokaż, że ci zależy, że chcesz wrócić, że jestem tylko twoja, a ty jesteś mój. Czy to tak wiele?
Przewracam się na drugi bok, czuję jego ramię, przeplatające mnie w pasie, jego oddech który omiata moją szyję, jego wzrok, który delikatnie pieści nagie ciało. Nate.
Uśmiecham się kącikiem, nikle, prawie niedostrzegalnie. Mierzwię jego ciemne loki, które kaskadą opadają na poduszkę. Cichy szept, nie rozumiem słów, nie zwracam na nie uwagi, odpycham, z dala od siebie.
Okrakiem siadam na wąskich biodrach, rękoma przytrzymuję się jego torsu. Schylam się, muskam jego usta. Jego palce przesmykują po moim kręgosłupie, badają wystające kostki.
- Muszę wyjechać... - Mówię niepewnie. Jego mięśnie się napinają. Nie jest zadowolony.
- Zostawisz mnie, Agyness? - Pyta.
Kręcę głową.
- Na krótko, obiecuję. Po prostu... - wstaję, łapię jego koszulę, narzucam ją na siebie, powoli zapinam guziczki. - ... Chcę odnaleźć siebie. Chcę dowiedzieć się kim jestem. Poznać się na nowo. Chcę powspominać, bezwstydnie powrócić do tego wszystkiego, tylko to mi pomoże zapomnieć. Ten ostatni raz chcę go zobaczyć, chcę z nim porozmawiać. - Dopowiadam. Okręcam się, przodem do niego.
Czuję, że go ranię, tfu, wiem, że to robię. Każde moje słowo go krzywdzi. Wyraz twarzy ma nieodgadniony. Wiem, że bije się z tym wszystkim.
- Jedź. Jesteś wolnym kotem, nie mogę cię trzymać na siłę obok. Skoro to ma ci pomóc, to jedź. Ale wróć, nie skreśl mnie. - Ze świstem wypuszczam nagromadzone w płucach powietrze.
Podchodzi do mnie, podaje mi plik banknotów. Rzucam mu się w ramiona, nieme podziękowanie.
Ostrożnie wsuwam dżinsy, łapię torbę. I macham, macham do niego z walącym sercem. Bo gdy znów się pojawię nic już nie będzie takie samo. Jeśli oczywiście się pojawię.
Zwariowałam. Oszalałam kompletnie. Ale warto było oszaleć.
- Zostań tu. - To rozkaz, wiem, że to rozkaz. Może nie brzmi jak rozkaz, ale to, cholera, pieprzony rozkaz.
- Jon... - Jestem niepewna.
Mimo tego, co się przydarzyło, mimo tych miłych chwil... Przecież obiecałam, a obietnic się nie łamie.
- Maleńka, dlaczego się wahasz? - Głos ma miękki, mąci mi w głowie.
Spuszczam swój wzrok na podłogę.
- Maleńka? - Jest dociekliwy.
Zaciskam wargi, próbuję skupić myśli w jednym punkcie.
- Nie mogę i już. - Jęknęłam. - To skomplikowane.
- Więc mi wytłumacz...
- No więc, jest taki facet. Nate. I to... W sumie, nie mam potrzeby opowiadania ci o tym co się dzieje w moim życiu. Wróciłam, bo liczyłam na wyjaśnienia.
- Obiecałem, że wyjaśnię, więc i ty mi powiedz co się dzieje.
- Pogubiłam się. - Mruczę.
- W czym?
- We własnym życiu.
- Boisz się, prawda? - Domyśla się. Jakby czuł to samo co ja.
Przytakuję. Opieram głowę o jego ramię.
- Muszę odszukać siebie, pomóż mi. - Pomoże, wiem, że mi pomoże. Nie muszę go nawet błagać. Przyciąga mnie do swego boku.
- Zawsze do usług. - Odpowiada.
Nie pamiętam go takiego, nie jestem pewna czy kiedykolwiek taki wobec mnie był.
Dawno nic nie działo się po mojej myśli. Mam przeczucie, że wszystko gna do przodu, wreszcie się rusza.
Nie żałuję powrotu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz